Pyza juz pewnie zapomniała, że kiedyś zaprosiła mnie do pokazania swojej biblioteki, jednak ja nie zapomniałam, co więcej moje wyrzuty sumienia rosły proporcjonalnie z mijanym czasem, jako że nie lubię odrzucać zaproszeń takich zacnych zaproszeń ![]()
Na temat książek napiszę krótko, dom bez książek nie jest dla mnie domem. Tu przypomniało mi się, że kiedy spakowana w jedną walizkę przyleciałam do Londynu, zaczynając tym samym swoją niepewną emigrację, połowę walizki zajmowały mi książki i słowniki. To były lektury do których często zaglądałam, gdyż jestem typem który sięga po ulubione pozycje w zależności od nastroju czy pór roku. Zatem przyleciały i pozostały na jakiś czas jako jedyne Szkice piórkiem Andrzeja Bobkowskiego, który zawsze jest w stanie odpowiedzieć na pytania i wątpliwości emigracyjne, Półbrat L. S. Christensena, bo przenosi w klimatyczny świat Norwegii, Metoda Wodna J. Irvinga po którą zwykle sięgam, gdy jest mi smutno oraz niezastąpiony Mercedens-benz Pawła Huelle.
Powoli moja mała biblioteczka zaczęła się wypełniać, udało mi sie przywieźć część z Polski co mnie bardzo cieszy, bo z czasem książki zostawione w ojczyźnie dostawały drugiego życia na półkach znajomych. Książki kupuję, choć kiedyś twierdziłam, że nie będę, z obawy przed kolejną przeprowadzką. Bardzo dużo korzystam z biblioteki, której system wyszukiwania pozycji z kilkunastu londyńskich bibliotek i możliwość rezerwowania przez internet jest po prostu nieoceniony ![]()
Fantastycznym rozwiązaniem dla mnie okazał się też Kindle, którego zresztą dostałam od męża z dedykacją, by skoncentrować się na książkach elektronicznych i nie zawalić naszego domu książkami
Dlatego dla siebie teraz kupuję mniej książek papierowych co nadrabiam w budowaniu dziecięcej biblioteki. Jak dla mnie priorytetem jest polska klasyka i ogólnie cieszą mnie książki w języku polskim i hiszpańskim na naszej półce. Kilka razy do roku składam zamówienie przez internet, jako że przesyłka kosztuje więcej niż zawartość, zbieram na większy stosik, bo tylko tak to się opłaca. Reszta przylatuje przez rodzinę i znajomych, którzy nas odwiedzają. Powoli mamy to co chcemy i w miarę możliwości jesteśmy na bieżąco z dziecięcą lekturą.
I tu korzystając z okazji blogowych łańcuszków, chciałabym zapytać się Drogie Mamy na emigracji jak Wy sobie radzicie z książkami dla dzieci, czy staracie się zgromadzić polską bibliotekę czy zdajecie się na lektury nowej ojczyzny? A jeśli są z Polski to zamawiacie przez internet czy głównie przywozicie osobiście?
Jeśli macie chwilkę dziewczyny to zapraszam Maję, Cudawianki, Atsanik, Gosię, Bubalah, Ahorę… Jeśli kogoś pominęłam to przepraszam i serdecznie zapraszam ![]()





Dzięki za zaproszenie. Napiszę jak najszybciej
Fajny pomysł! Napiszę jak tylko wpadnę do naszego prawdziwego domu by zrobić fotki:)
u nas narazie sa tylko angielskie ksiazki, ale jak je czytam to tlumnacze na polski hihihi. mamy tnarazie tylko 2 greckie ksiazki. W ogole to malo kupuje ksiazek, korzystam z biblioteki
Zamawiamy, przywozimy, dostajemy… polskie, niemieckie, szwedzkie, hiszpanskie, wloskie, chinskie… Te z naszego dziecinstwa i te z cudzych dziecinstw
Dynia uwielbia ksiazki, wiec rozpuscilismy wici i dostaje je zamiast zabawek z roznych stron swiata. Cieszy sie Dynia, cieszymy sie my, bo i nam sie poszerzaja horyzonty.
Mamy głównie polskie książki, albo my(rodzice) kupujemy, albo dostajemy w prezencie dla Córci. Kupujemy jednak też niemieckie, ale rzadko, poza tym z Berlina nie mamy daleko do Polski. Mała dostała również 2 niemieckie książki od naszych znajomych, jedną każe sobie tłumaczyć, drugą uwielbia po niemiecku
Miramar
ups mala mi, przepraszam! dopiero teraz doczytalam u zielonej Mai, ze zaprosilas mnie do tej zabawy, postaram sie naprawic juz wkrotce! dziekuje!