zakupy w pojedynkę

Niedawno byłam sama na zakupach, miałam nieco ponad godzinkę i listę ciuchów do kupienia, czyli zakupy z serii nadchodzi lato i chłopaki nie mają czego na siebie włożyć. Byłam  w kilku sklepach i w każdym wydawało mi się, że czegoś zapomniałam. Już w drugim było mi nieporęcznie, bo nie mogłam zawiesić torby z zakupami na wózku, tylko nieść i jeszcze przeglądać wieszaki. A w trzecim dałam plamy, bo wzięłam koszulki i spodenki w rozmiarze na 4-5 lat, w sumie sama nie wiem dlaczego.
Zakupy do powtórzenia, bo niczego nie kupiłam dla siebie, a wymyśliłam sobie maxi spódnicę, no i ciągle brakuje mi szortów i butów dla chłopaków.
Za to w wolnej chwili oddałam się zakupom bielizny przez internet,  bo to mnie naprawdę odpręża i nie męczy, jak te realne. Z przyzwyczajenia już kliknęłam na staniki do karmienia, ale w porę się zreflektowałam, bo właściwie to po to chcę kupić sobie biustonosze, by móc je nosić do koszulek a zatem w to lato, pierwszy raz od trzech lat mam zamiar założyć mniej zabudowany stanik, choć karmić Tinkę pewnie będę do przyszłego lata :)

porady

Moja Mama od czasu do czasu przekazuje mi dobre wskazówki tyczące się np zapachu w lodówce, do której dobrze wstawić pojemniczek z sodą oczyszczoną a to na temat patelni, której od razu nie zalewać wodą, bo to skraca jej żywotność. Ale tak naprawdę zawsze sama chciałam mieć w głowie te dobre porady i wiedzieć, jak pozbyć się plam, zapachu ryb z piekarnika czy mrówek z pokoju bez googlania i  co ważne bez używania chemii. Dlatego nie mogę się oderwać od tej książki, która jest dokładnie tym czego potrzebowałam i co lubię.
Od jakiegoś już czasu stosuję w domu głównie ocet i sodę oczyszczoną do różnych celów a ta książka pokazuje mi, że tak naprawdę niczego innego nie potrzeba, by dom był czysty, wydezynfekowany a z odrobiną olejków eterycznych także i  pachnący :)
Mam wiele myśli z którymi chcę się z Wami podzielić ale póki co radzę Wam, jeśli chcecie przedłużyć żywotność ciętych kwiatów dodajcie dwie łyżki cukru wymieszane z dwiema łyżkami octu, albo zwyczajnie odrobina wielozadaniowej sody oczyszczonej  też ma taką właściwość. Wypróbowałam na polnych kwiatach, które mają to do siebie, że są bardzo nietrwałe i tu proszę taka miła niespodzianka :)

Dzień Mamy i weekend w ogrodzie


Kiedyś Marce się dziwił, że w Polsce Dzień Matki jest świętem stałym a nie jak w wielu krajach w tym Anglii czy Peru jest to któraś niedziela miesiąca, kiedy wszyscy są w domu i mogą celebrować rodzinnie. Jednak od kilku lat wbił sobie do głowy 26 maja i obchodzi ten dzień z większym przejęciem niż moje imieniny, które traktuje jako polski kaprys :)
Na szczęście w tym roku mogliśmy obchodzić rodzinnie Dzień Matki, na który mój mąż w imieniu chłopaków przygotował się naprawdę solidnie, w tym dostałam naprawdę śliczną kartkę ze zrobionymi na drutach pingwinami :) Sobotę spędziliśmy w domu, wyskakując jedynie na Nikolasa Little Kicker i zamówiwszy tajskie rozłożyliśmy się w ogrodzie każdy na swoich przyjemnościach.
Każdego dnia i nocy mam szczęście doświadczać tego, czym jest bycie matką i bez wielkich słów powiem jedynie, że w najśmielszych marzeniach nie śniło mi się, że to będzie takie wspaniałe i na miejscu.
Za to w niedzielę pojechaliśmy razem z Valentynka chrzestnym do Kew Garden, czyli Królewskich Ogrodów Botanicznych, które są drugim największym ogrodem w Wielkiej Brytanii.
Ogród jest olbrzymi (120 hektarów) z tematycznymi zakątkami, typu japoński bambusowy dom otoczony oczywiście bambusami, 10 metrową pagodą czy śródziemnomorski park oprócz kilku palmiarni czy cieplarni z roślinami z każdego kontynentu.


Oczywiście w takich miejscu nie mogło zabraknąć tematycznego placu zabaw za zewnątrz i pod dachem, gdzie Synki mogły się wyszaleć do woli zanim zalegliśmy na pikniku :)

Co do samych atrakcji majowego ogrodu to załapaliśmy się na końcówkę rozkwitu magnolii, rododendronów, azalii, lilii wodnych i lotosu wodnego. Oprócz tego spotkaliśmy mnóstwo kaczych rodzin oraz pawi, w tym jednego na drzewie (sic!).

Po takim pełnym atrakcji i wrażeń dniu wróciliśmy padnięci i dziś już tradycyjnie Marce poszedł do pracy odpocząć po weekendzie a ja delektowałam się w domu i w ogrodzie poczuciem, że nie mam planów na cały dzień :)

upalne lato


Jak już wcześniej wspomniałam po długiej bo deszczowej przerwie powróciłam do chodzenia pieszo. Czy to do przedszkola, czy Children Centre, biblioteki, poczty, apteki (wszystko jest obok siebie) mam 20 minut marszu a ponieważ potrzebuję ruchu innego niż to domowe krzątanie, bardzo się cieszę tą pogodą i naszymi spacerami.
A podczas nich a raczej kiedy już wracamy z celu naszej wędrówki zbieramy polne kwiaty, wąchamy siano (dziś był pokaz czym różni się trawa od siana) i czasem spotykamy znajomych. I kiedy tak sobie dziś szłam zaczęłam wyliczać dlaczego kocham lato i doprawdy nie znalazłam ani jednego powodu dlaczego miałoby być inaczej. I wychodzi mi, że jednak najbardziej kocham lato za to, że mogę całymi dniami patrzeć, dotykać i delektować się widokiem gołych nóżek i całego ciałka Synek :)
A skoro już o tym mowa, to dziś otworzyliśmy sezon basenu w ogrodzie, Nikolas z tej radości wskoczył w ubraniu, ale za moment już biegał na golaska i zaczął rozbierać Tinkę :)

zumba i ważne sprawy

Chciałabym powiedzieć, że tańczenie salsy czy cumbii to mój chleb powszedni jednak nie będzie to zgodne z prawdą, mimo że nie ma imprezy bym nie została rzucona na parkiet w tych właśnie celach. Zawsze powtarzam Marce, że my (jako naród, ba! cały kontynent [tak właśnie się tłumaczę psst!]) nie mamy we krwi tej miękkości ruchów jaką on wyssał z mlekiem z matki :)
Dlatego pewnie tyle zwlekałam z pójściem na zajęcia zumby stając się przez to chyba ostatnią osobą, która spróbowała ale też od razu stałam się jej wielką fanką i teraz to ja będę męczyć Marce na parkiecie w ramach treningu hehehe :)
Bo zumba to nic innego jak połączenie kroków salsy, samby, cumbii, merengue i całej masy latynoskich tańców w płynne i pracujące na określone partie ciała ćwiczenia.

Kiedy dotarliśmy do domu, a byliśmy pieszo, bo to mój kolejny trening :) w czasie którego spaceru Tinka słodko sobie zasnął, ja padłam na hamak a Nikolas zaczął wymyślać sobie zajęcia.

Bo kiedy tak sobie leżałam zdałam sobie sprawę, że mimo że mamy nieustanne wrażenie że musimy i zajmujemy się dziećmi całymi dniami to niejednokrotnie potrafią nas one miło zaskoczyć. Potrafią się sobą zająć ale też wyczulone są na nasze potrzeby: Mami chcesz poczytać? i przyniósł mi książkę, Mami woda? i czegóż mi więcej potrzeba do szczęścia?

I kiedy zniknął na dłużej wiedziałam, że zajął się ważnymi sprawami, czyli kopaniem trawy, bo Papa w weekend nie zdążył rozprawić się z tym zagonem :)

bez klapsa

Dzisiaj poczułam się dumna z decyzji naszego kraju powziętej w 2010 a dotyczącej zakazu dawania klapsów. Wiedzieliście, że Polska tym samym dołączyła do 22 krajów w Europie, gdzie nie wolno stosować kar cielesnych na dziecku?
Co ciekawe w Wielkiej Brytanii oraz Irlandii nie ma takiego zakazu a prawo niby jasne jest bardzo niejasne w tej kwestii, gdyż dopuszcza stosowanie klapsów i innych form jeśli te nie pozostawiają śladów. Oczywiście żadna osoba publiczna, typu nauczyciel czy pielęgniarka nie da klapsa dziecku bo akurat podejście do dzieci tu jest naprawdę na poziomie, mało tego nikt nie zachęci i nie powie, że to jest ok a nawet nie wolno w miejscach typu Children Centre stosować takich kar, to jednak sam zakaz wciąż nie jest wprowadzony.
Skąd te dzisiejsze przemyślenia? Brałam udział w dyskusji na temat korzyści i ujemnych stron dawania dziecku klapsów. Alternatywą na klapsy znacznie efektywniejszą jest time out czyli stanie w kącie, gdzie można się uspokoić, wyciszyć czy nawet przemyśleć swój postępek, czego nie ma szans po klapsie, który jedynie boli i frustruje.

w świecie kropek


W czasie dosyć długiej kolejki po bilety w Tate Modern Marce zmieniał 10 razy zdanie, czy idziemy wszyscy razem na wystawę czy tylko ja.
- Ok, kup dwa bilety – mówi i odchodzi na bok
-  Nikolaniu, nie odchodź od mamy
- Jeden, bo jak my wszyscy damy radę coś zobaczyć
-  Tak jak zawsze, chłopakom będzie się na pewno podobało, zobaczysz
- ok, dwa, może Tinka pójdzie spać


W końcu poszliśmy wszyscy razem na wystawę japońskiej artystki Yayoi Kusama, która na każdym z nas wywarła z goła inne wrażenie. Ale też było wiele do oglądania od obrazów, kolaży poprzez dziwaczne rzeźby, film do fenomenalnych instalacji. Nikolas jak zawsze grzecznie sobie chodził co jakiś czas pytając what’s that Mami? oraz wyrażając zachwyt, film podobnie jak mnie się nie podobał, a to dlatego że muzyka była zbyt złowieszcza. Valentino nie pozwolił nam zbyt dobrze przyjrzeć się notatkom artystki a Marce próbował dopatrzeć się na płótnach czegoś, czego tam raczej nie było.

Ale nie tylko on stracił rachubę, bo wiele osób o mało nie wyszło w rzeźby, dlatego kilka razy ku radości chłopaków zawył alarm.


Posiedzieliśmy sobie trochę w pokoju w słynne artystki kropki, ale najwięcej emocji wzbudziło pomieszczenie lustrami i światełkami, które każdy chciał dotknąć.  Nikolas pociągnał za jedną lampkę i zapadła ciemność a ja sobie pomyślałam No ładnie, teraz to wszystko się popsuło dzięki małym rączkom, ale okazało się, że to jeden z efektów zmiany świateł :) uff!

Później resztę energii zużyliśmy na ichniejszym placu zabaw, na którym Nikolas nie odstępował Tinki na krok i razem zjeżdżali ze ślizgawki i jak zawsze hyc-hycali.

Dzień wykorzystaliśmy do granic pochmurnej pogody i zakończyliśmy go późnym ale za to pysznym lunchem.
Chłopaki dziś trochę zasmarkani i pokaszlują ale mam nadzieję, że syrop z cebuli, który chętnie piją im pomoże tym bardziej, że od jutra mamy prawdziwie letnią pogodę :)